środa, 11 stycznia 2017

działać

No i jacyż oni są, ci dwudziestoletni ludzie, którzy przegrali już wszystko, zrezygnowali ze wszystkiego i biernie oczekują na dalsze ciemne i niepotrzebne życie. Tragiczni czy komiczni? Może jedno i drugie? Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi.
— Marek Hłasko

Wielkie uniesienia i emocje związane z nowym rokiem powoli już opadają, a razem nimi, z wolna, zaczyna przygasać zapał do wdrażania zmian i podejmowanych na nowo postanowień. Przynajmniej u mnie.  A nie minął nawet miesiąc. Planów i postanowień można sobie tworzyć i układać całe listy, problem przychodzi, kiedy faktycznie trzeba się ich konsekwentnie trzymać.Tyle dobrze, że mam świadomość tego, że to się dzieje i doskonale wiem z czego się to bierze. A bierze się z tego, że najzwyczajniej na świecie mam dramatycznie słomiany zapał. Mogłabym się zajarać milionem spraw i inicjatyw, ale jeśli nie wkręcę się w nie od razu, to znak, że niestety są z góry skazane na porażkę, bo po kilku dniach zwyczajnie mi przejdzie i już się do nich za nic nie wrócę. Przez to właśnie legło w gruzach wiele planów i marzeń, które mogły się pięknie rozwinąć, gdybym tylko była bardziej wytrwała.




Co więc robić, żeby jednak wytrwać w postanowieniach? Skąd czerpać moc i wsparcie, żeby nie odpuszczać i wytrwale dążyć do realizacji swoich celów? Jak motywować się i nakręcać każdego dnia jeszcze bardziej? Przekopałam trochę Internetów w poszukiwaniu mądrych odpowiedzi, pogadałam sama ze sobą (bo ja to jedno, a druga ja, która siedzi tam w środku, jest dużo mądrzejsza ode mnie, tylko jest bardzo nieśmiała i rzadko się wtrąca) i postanowiłam dla samej siebie, choć może ktoś jeszcze na tym skorzysta, stworzyć małą i tak prostą, jak tylko możliwe, listę metod i narzędzi, które powinny pomóc w utrzymywaniu się na właściwych torach.


Przede wszystkim trzeba wytworzyć sobie w głowie i pielęgnować obraz korzyści, które czekają nas, kiedy już uda nam się wytrwać i osiągnąć założony cel. Jeśli pozwolimy sobie rozmarzyć się, puścić wodze fantazji i zobaczyć siebie po zrealizowaniu już danego postanowienia będziemy o wiele chętniej angażować się w działania, które mają nas do osiągnięcia tego celu przybliżyć.

Musimy wtajemniczać innych w swoje postanowienia. Otaczanie się dobrymi ludźmi, którzy wspierają nas w naszych zmaganiach, dopingują nas i pomagają w chwilach słabości, może mieć znaczący wpływ ich realizację. Nie bójmy się mówić innym o celach, które sobie wyznaczamy. Poza tym, to dodatkowy bodziec motywacyjny: jeśli już podzielimy się z kimś swoimi planami to z założenia będziemy się bardziej starać o ich zrealizowanie, żeby nie wypaść słabo w ich oczach.

Dawajmy sobie małe nagrody, za wytrwałość i przybliżanie się do celu. To dobry sposób na dodanie sobie sił i zwiększanie zapału do pracy. Jeśli wytrwanie w postanowieniu przez miesiąc owocuje sprawieniem sobie jakiejś drobnej przyjemności, to nie będziemy chcieli tak łatwo wycofać się z dalszej walki o jeszcze lepsze efekty
.

Nie wyznaczajmy zbyt wielu celów. Zamiast walczyć ze zmianą w 10 aspektach swojego życia równocześnie, o wiele lepiej i rozsądniej będzie skupić się na 3-4, a poświęcić im o wiele więcej uwagi i zaangażowania. Gdy już uda nam się zrealizować mniejszą liczbę postanowień, będziemy od razu dużo mocniej zmotywowaniu do podejmowania się kolejnych. Jeśli weźmiemy na siebie zbyt wiele i z marszu będziemy chcieli zmieniać w sobie wszystko, to nie dość, że zwyczajnie tego nie udźwigniemy, to będziemy rozgoryczeni i zrezygnowani, co skutecznie odciągnie nas od podejmowania kolejnych prób.

Samokontrola. Tu jest chyba najtrudniej, bo w pewnym sensie jest to kolejne postanowienie, podejmowane dla realizacji pozostałych. To przecież nie jest tak, że wstaje sobie pewnego dnia z łóżka i mówię: „od dziś mam super kontrolę nad tym co i jak robię. mam silną wolę i już”. Jasne, byłoby super, ale w życiu nic nie jest takie proste. Z ćwiczeniem samokontroli jest trochę, jak z formą fizyczną: trzeba o niej stale pamiętać i regularnie ćwiczyć, żeby osiągnąć efekty, a gdy te się w końcu pojawią, nie można pozwolić sobie na osiadanie na laurach, bo wszystko pójdzie na marne. Dlaczego samokontrola wymieniona jest jako ostatnia? Bo do jej trenowania sprowadzają się wszystkie wymienione wcześniej punkty. Im mniej celów, a bardziej stanowcze w nich trwanie, im większe wsparcie z zewnątrz i wewnętrzna projekcja osiągniętego sukcesu, tym łatwiej jest panować nad tym, co chce się osiągnąć.



Tak więc, wnioskować można, że wystarczy podążać za kilkoma, zdaje się, prostymi radami, a wytrwanie w noworocznych postanowieniach powinno stać się o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze. Przekonamy się, ja ma zamiar wziąć sobie swoje własne rady głęboko do serca. Dam znać, jak mi poszło. (choć pomimo wszelkich postanowień i nie wiem jak silnej woli, czekoladę i tak będę jeść)

Ahoj.
K.


true colours

Pomyślałam sobie, że dziś jest dobry dzień, żeby wspomnieć o czymś co miłe, przyjemne, wydawałoby się, że rozwijające, a jednak, jak się okazuje, tak bardzo niebezpieczne.



 Rozmawiając ostatnio z siostrą (studentka etnologii i antropologii kulturowej, która rozbraja mnie czasem pomysłami, na jakie wpadają super badacze jej dziedziny), został mi przedstawiony pogląd, który do tej pory odbija mi się w głowie echem.
 Temat wyszedł od poglądu głoszącego, że zdrowie ma znaczenie nie tyle biologiczne, co społeczne, a piękno nie jest kwestią estetyczną, lecz polityczną. Idąc dalej podejmowane próby przejmowania kontroli nad przyjemnościami grup podporządkowanych w społeczeństwach patriarchalnych, polegały po prostu na ich piętnowaniu. To czego dowiedziałam się dalej, zrewolucjonizowało mój pogląd na świat, bo w życiu nie spodziewałam się, że istnieją tak silne zależności między kwestiami, których sama za nic nie połączyłabym ze sobą.
 Otóż, napisany przez Johna Harveya Kelloga poradnik dla pań, o jakże edukująco brzmiącym tytule Ladies Guide mówi wyraźnie (polecam przeczytać dwa razy):
  
Czytanie beletrystyki jest jednym z najbardziej zgubnych nawyków, którym może oddawać się młoda dama. Kiedy zwyczaj ten wykształci się raz na zawsze, jest go tak trudno wykorzenić, jak spożywanie trunków czy zażywanie opium. (…) Czytanie beletrystyki niszczy zmysł smaku, który rządzi upodobaniem do poważnej, godziwej twórczości literackiej, i pobudza niezdrowe bodźce w umyśle, a rezultat jest w ogromnym stopniu szkodliwy. (…) [UWAGA TERAZ] Chcemy publicznie i dobitnie stwierdzić, że czytanie powieści jest jednym z najpowszechniejszych czynników wywołujących choroby macicy u młodych kobiet. Nie ma najmniejszych wątpliwości, ze wpływ umysły na organy płciowe i funkcje seksualne jest tak silny, iż mogą one stać się siedliskiem choroby. (…) Spotkaliśmy się już z przypadkami zachorowań, w których bolesne dolegliwości można było przypisać bezpośrednio czytaniu powieści.
 
Moje drogie panie, fakty mówią same za siebie. Należy natychmiast zaprzestać czytania, bo wszystkie zginiemy marnie. A ktoś, niczego nieświadomy, mógłby sobie pomyśleć, że książki to dobry sposób na rozwijanie wyobraźni,  lub chociaż niewinny sposób na spędzenie wieczoru, a tu takie dramatyczne konsekwencje! Przez chwilę zastanawiam się, czy nie należałoby rytualnie spalić wszystkich książek, które stoją na moich półkach, w końcu od tego zależy moje życie.
 Niemal od razu skojarzyłam ten fragment, ze znaną chyba wszystkim, disnejowską bajką o Pięknej i Bestii. Był sobie tam taki pan, co to piękny był nad wyraz, wszyscy go uwielbiali, traktowali jak wzór cnót wszelakich i mądrość największą, a laski do niego wzdychały dniem i nocą. I ten oto cud chłopak, w odniesieniu do Belli, czytającej książki, powiedział takie oto słowa:


 a nauka udowodniła później słuszność jego założeń. LOL.
 
Dobrze, że jakoś tak zawsze robiłam większość rzeczy na opak, żeby przez przypadek nie postąpić według zasad i reguł i jednak zaczęłam czytać. Byłabym, myślę sobie z perspektywy czasu, o wiele smutniejszym człowiekiem niż jestem teraz, a w dalszym ciągu nie jestem jakimś super śmieszkiem. Czytanie jest super fajne, a w dodatku super ważne. Nie dość, że rozwija na to intelektualnie: poszerzamy swój zasób słownictwa, dowiadujemy się nowych, czasem ciekawych, czasem niekoniecznie, rzeczy, to jeszcze nasza wyobraźnia zaczyna pracować na turbo przyspieszonych obrotach. Jestem więc przekonana, że panowie super badacze jednak minęli się odrobinę z prawdą, bo oddaje swoją miesięczną dawkę czekolady (która swoją drogą jest dość spora), że czytanie przynosi znacznie więcej korzyści niż szkód. Jeśli ktoś się nie zgadza, chętnie posłucham kontrargumentów ;)

 


Jak już się tak nad tym czytaniem wylewam, to wrzucę od razu książki, w które zaopatrzyłam się w ostatnim czasie. Korzystając z końcoworocznych wyprzedaży, postanowiłam doładować sobie bibliotekę o większą niż zazwyczaj liczbę książek, żeby później móc sobie sukcesywnie czytać, kiedy tylko czas i możliwości pozwolą. Nie mam  swojego ulubionego gatunku (choć są za to gatunki, za którymi absolutnie nie przepadam), dlatego też stwierdziłam, że fajnie byłoby trochę pomieszać i poczytać rzeczy pisane totalnie różnie i mówiące o kompletnie innych sprawach. Nie jestem specem w wyszukiwaniu pozycji, dlatego często wybieram na czuja: okładka, opis, autor, recenzje, czasem wcześniej, przed pójściem do księgarni przeglądnę jakieś fora, czy rankingi, a czasem są to rekomendacje od znajomych. Tym razem było to kompletny mix.



  

Biesy, Fiodor Dostojewski- fakt, że do tej pory nie przeczytałam tej książki do końca uznaję za swoją osobistą porażkę i nie znajduję dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Po licealnej przygodnie ze „Zbrodnią i karą” pokochałam Dostojewskiego i jego sposób pisania. Mnogość wątków, pokręcenie bohaterów, niesamowicie głęboka analiza psychologiczna,  nuta tajemniczości i filozoficzne rozważania. Nie jest lekko, ale to obowiązkowy punkt na liście.


5 języków miłości, Gary Chapman- poradnik dla małżeństw i par, które planują w związek małżeński wstąpić. Nie należę do żadnej z tych grup i przez długi, długi czas pewnie należeć nie będę, ale polecam ją dosłownie każdemu. Treść jest tak uniwersalna, że bez względu na to, czy jest się w związku, czy nie, można odnaleźć w niej coś dla siebie. To bardzo mądra książka, która uświadamia niewygodną czasem prawdę, że miłość to podejmowana przez nas decyzja, za którą trzeba brać odpowiedzialność i nad którą nieustannie trzeba pracować. „Miłość to kwestia wyboru a każde z nas może dokonać go już dziś.”


Król,  Szczepan Twardoch- przenosimy się do przedwojennej Warszawy, która niejako nie jest jednym miastem, lecz dwoma, które bardzo niechętnie przenikają się, gdzie jedni najchętniej pozbyliby się tych drugich.  Z jednej strony Warszawa zachodnioeuropejska, zamożna, jasna i czysta, posługująca się piękną polszczyzną, kwitnie edukacja, biznes i wielka polityka. Ta druga jest biedna, brudna i daleko jej do bogactwa, a mieszańcy na co dzień posługują się jidysz. Ponad tym wszystkim górują układy, twarde zasady, a głównym wyznacznikiem męskości jest siła. Jeszcze nie dotarłam do końca, ale z każda kolejną stroną jest ciekawiej.


Harry Potter i Przeklęte Dziecko, J.K. Rowling-  podstawową informacją jest fakt, że książka jest scenariuszem do sztuki teatralnej i formą przypomina dramat, tak więc czyta się ją zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie części przygód czarodzieja z Hogwartu. Połknęłam ją w drodze powrotnej do domu na bożonarodzeniową przerwę, a wysiadając z autobusu mało się nie popłakałam, że to już koniec. Poprzeczka postawiona była niesamowicie wysoko, a oczekiwania były przeogromne. Nie chcę pisać, o tym, czy rozczarowałam się, czy też nie, wolę skupić się na tej gigantycznej radości jaką dał mi powrót do świata magii, na którym, chcąc nie chcąc się wychowałam.


Starcie królów, George R.R. Martin- tej książki nie kupiłam teraz, czeka na swój moment już chyba od wakacji. Pierwszy tom cisnęłam po angielsku i przyznam, że niecodzienność języka, jakim pisane są te książki, okazała się dla mnie małą komplikacją, dlatego też kolejne postanowiłam czytać już po polsku. Nie oglądam serialu (z wyjątkiem kilku pojedynczych odcinków), chciałam najpierw przeczytać książki, a potem odnieść się do nich oglądając serial. Wychodzi na to, że jeszcze trochę to potrwa. Książka jest super ciekawa, nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości, niemniej jednak nie wciąga mnie tak bardzo, jak przygody chłopca, który przeżył..


Małe życie, Hanya Yanagihara- bez względu na to, jak idiotycznie to zabrzmi, zainteresowałam się tą książką 1. przez jej okładkę, 2. przez to, jak gruba jest. Ponad 800 stron, których jeszcze nie ruszyłam, ale już patrząc na nią wiem, że będzie niesamowicie. Opowiada o dojrzewaniu, o przyjaźni o wkraczaniu w dorosłe życie i o tym, jak wpływa ono na relacje. Pokazuje okrucieństwo rzeczywistości, a jednocześnie daje nadzieje, na to, że lepsze dni znajdą swój sposób, żeby nadejść.


Shantaram, Gregory David Roberts- na tą tutaj miałam chrapkę już od ubiegłego roku, ale jakoś nie potrafiłam się zebrać w sobie, żeby w końcu ja sobie sprawić. Grubość książki, intrygująca okładka, najlepsze opinie, 4 miliony sprzedanych egzemplarzy, autor, będący byłym bandytą… no i jakżeby miało mnie to nie zachęcić jeszcze bardziej?  Zabiera w czytelniczy raj pełen kolorów, zapachów i dźwięków, który jest równocześnie piękny i śmiertelnie niebezpieczny, kojący i zatrważający. Zostawiam ją na koniec, żeby móc się nią delektować, jak najdłużej. Już teraz wiem, że będzie warto.




Na dziś to tyle. Jak przebrnę już przez wszystkie pozycje, to może wrócę tutaj i zrobię mały edit dokładając krótkie refleksje po przeczytaniu, chociaż może poprzestanę po prostu na tym co powstało do tej pory?  Póki co żegnam się, bo obowiązki wzywają. Następnym razem będzie o tym, jak z pozoru proste i nic nieznaczące wydarzenia potrafią całkowicie i zupełnie zmienić nasz sposób postrzegania miejsc, ludzi, a nawet samych siebie.

 
Ahoj.
K.
 

sobota, 31 grudnia 2016

into the wild

Moim zdaniem, powinieneś radykalnie zmienić swój sposób życia i zacząć odważnie robić rzeczy, o których przedtem nawet nie myślałeś; albo wahałeś się, czy spróbować. Tak wielu ludzi jest nieszczęśliwych, a jednak nie podejmują żadnej próby, by to zmienić, ponieważ przywykli do życia w pewności, konformizmie i konserwatyzmie, co może dawać poczucie spokoju umysłu, ale w rzeczywistości nie ma rzeczy bardziej niszczącej dla niespokojnego ducha niż pewna przyszłość.  

-Jon Krakauer

Koniec roku to taki dziwny czas na przemyślenia, podsumowania, postanowienia. Nienawidzę końca roku. Bo serio, żadna to dla mnie przyjemność uświadamiać sobie ile ze stawianych sobie, kiedyś tam, założeń spełzło na niczym, ilu postanowień nie udało mi się dotrzymać, jak wiele szans zmarnowałam. 

Jednakże, tak bardzo jak zazwyczaj za tym nie przepadam, tak w tym roku ciesze się, jak dziecko z cukierka. Nic nie daje mi większego poczucia radości i wewnętrznego spokoju, co świadomość, ze 2k16 się kończy. CHWAŁA PANU! Nie powiedziałabym, że był to rok słaby, bo byłoby to najzwyklejsze kłamstwo. Był dramatyczny, okropny i paskudny pod każdym względem. Ilość porażek, jakie mi się naprzytrafiały w zestawie z face slapami, które dostawałam od życia niemalże na każdym kroku, tworzą raczej mało entuzjastyczny obraz. Nazwałabym to raczej obrazem nędzy i rozpaczy…  dobrze więc, ze mamy ten rok za sobą, więc teraz nic tylko modlić się i robić wszystko co się da, żeby nowy- 2017- nie powtórzył „sukcesu” swojego poprzednika.



Skoro już wiemy, że to co było nie ma (a przynajmniej nie powinno mieć) teraz znaczenia, a przeszłość pozostaje już tylko przeszłością, pozostaje nam skupić się na tym, że mamy przed sobą niepowtarzalną szansę! Zawsze najlepiej zaczyna się od jakiegoś konkretnego momentu, więc zdaje się być zasadnym, że większość ludzi podejmuje wielkie i radykalne postanowienia zmian właśnie od nowego roku.


Co więc w tym Nowym Roku?



Przede wszystkim życzę, żeby wszystkie zmartwienia i troski, które zrodziły się w 2016, tam też pozostały. Trzeba nam, każdego dnia, uczyć się tej niełatwej sztuki, by nie żyć przeszłością, lecz patrzyć w przód na to co ma nadejść.

Niepakowania się w tarapaty
. Mamy wręcz niesamowite zdolności do ładowania się w bagna, z których za nic nie potrafimy się później wyrwać. Niech ćwiczy się w nas ta wspaniała zdolność do racjonalniejszego oceniania zagrożeń, żeby choć trochę zmniejszyć skalę ich występowania.

Używania mózgu
. W końcu po coś ten orzeszek został nam w tych czaszkach zainstalowany i ja głęboko wierzę, że ma on więcej zastosowań niż tylko odbijanie się od uszu, kiedy trzęsie się głową na boki. Myślenie nie boli tak mocno, a my czasem naprawdę zachowujemy się tak, jakby było to dla nas największe poświęcenie.

Masy dobrej muzyki. Odkrywania nowych gatunków, nieznanych dotąd artystów, znacznego rozwoju muzycznych gustów, pozwolenia sobie na wyjście z klatki. Mamy tak ogromny wybór i taką masę wspaniałych utworów, które tylko czekają, żeby je odkryć, podczas gdy, tak często zamykamy się na pojedyncze gatunki, czy nawet twórców i nie zdajemy sobie sprawy, jak muzyczne perełki przechodzą nam obok nosa. Z muzyką naprawdę żyje się przyjemniej.

Dawania sobie kolejnych szans.
 Mamy tendencję do obwiniania się za całe zło na świecie i wmawianie sobie jacy to beznadziejni jesteśmy, jak nam nie wychodzi, jak bardzo sobie nie poradzimy. Spróbujmy dla odmiany dać sobie kredyt zaufania i spróbować raz jeszcze. To, ze nie udało się za pierwszym, piątym, czy setnym razem, nie zawsze musi oznaczać, ze powinniśmy sobie odpuścić na dobre. Czasem cierpliwość i wytrwałość na serio popłaca. Jasne, że czasem nie ma sensu pchać się na siłę w obszary, do których zwyczajnie się nie nadajemy, ale nie powinniśmy za nic rezygnować ze swoich dążeń i pasji, tylko dlatego, ze zaliczyliśmy glebę. Świat stoi przed nami otworem, więc głowa do góry i nie poddajemy się.

Dbania o drugie wrażanie. Coaching mówi, że tak naprawdę potrzeba około 11 sekund, żeby wyrobić sobie opinię na czyjś temat. W tym krótkim momencie jesteśmy w stanie kogoś zaszufladkować, a potem już tylko trwamy w tej wyrobionej w mgnieniu oka opinii. A może pasowało skupić się choć trochę na tym co dalej? To jasne, że na początek chcemy pokazać to, co w nas najlepsze, jak najlepiej się zareklamować i sprzedać, ale nie o to przecież chodzi. Zacznijmy w tym nowym roku dbać o głębszy rozwój naszych relacji, o to by dawać z siebie więcej na dłużej. Co nam z tego, że na początek pokażemy siebie, jako tych super, wartościowych, inteligentnych i wspaniałych, jeśli później zamiast starać się wypaść jeszcze lepie, założymy ze cel został osiągnięty i możemy sobie odpuścić? Dbajmy o drugie wrażenie, na pewno się to opłaci!

Zrealizowania
 jednego, wielkiego i niemożliwego do zrealizowania marzenia. Jak mówił Rysiek Riedel „Jak człowiek nie marzy – umiera”. Nie możemy żyć bez marzeń. To jak odbieranie sobie szansy na dostrzeganie lepszego jutra. A jeśli marzyć, to czemu nie o tym co niemożliwe? Pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa. Wymyślmy sobie coś, co zmieni nas o 180 stopni. Nie chodzi o rewolucję w dotychczasowym życiu, ale o drobnostki, które tak naprawdę mogą tak wiele w nas zmienić. Znam gościa, który postanowił sobie, że w 2017 zrobi coś, żeby przełamać w sobie lęk wysokości i ze spokojem wejść na wieżę widokową w Łagiewnikach. Dla kogoś może się to wydawać śmiesznie proste, a dla kogoś jest turbo wyzwaniem. I o to chodzi, nie oglądajmy się na innych, przełamujmy siebie!

Więcej słuchania, mniej gadania.
 Milczenie jest złotem- zapamiętajmy to sobie. A my jesteśmy czasem tak cholernie zapatrzeni w siebie i swoje problemy, że kompletnie przestajemy dostrzegać innych. Nie widzimy tego, z czym do nas przychodzą, bo zasłania nam to czubek własnego nosa. Tłumaczymy się tym, że chcemy pomóc, odnosimy się do swoich przykładów, a tak naprawdę wciąż mówimy tylko o sobie i swoich problemach. Wciąż oczekujemy zainteresowania od innych. Może czas, żeby w końcu odwrócić role i dla odmiany posłuchać co inni mają nam do powiedzenia? Kto wie, może w czyichś doświadczeniach odnajdziemy sposób na rozwiązanie własnych problemów?

Zauważania
 dobrych ludzi i pozwolenie innym na zauważenie Ciebie. Nie bądźmy dla siebie obojętni. Każdy z nas jest turbo ważny i każdy z osobna zasługuje na uwagę. Dostrzegajmy wokół siebie ludzi, którzy niosą nam dobro, a także tych, którzy potrzebują, abyśmy to my przynieśli dobro im. Świat będzie o wiele przyjemniejszy i na pewno tej rok mnie nam w zdecydowanie lepszej atmosferze.




Do zrobienia jest wiele, a zegar rusza. Każdy nowy dzień to szansa, która może się już nigdy więcej nie powtórzyć. Tylko od nas zależy, czy podejmiemy wyzwanie i stawimy czoła rzeczywistości, by sobą, swoją postawą i prezentowanymi wartościami zmieniać ten świat na lepsze. Ja w nas wierzę, Ty też uwierz. 

Szczęśliwego Nowego Roku!

ahoj.
K.


środa, 21 grudnia 2016

powroty

Jeśli coś było na tyle ważne, że nie możesz o tym zapomnieć wiedz, że musi do ciebie wrócić. Może w innej osobie, innym miejscu, czasie, ale wróci.— Fiodor Dostojewski
Wróciło. Przyznam, trochę to trwało. Prób powrotu było wiele, a zakładając prawdziwość tezy stawianej przez Dostojewskiego, któraś musiała doprowadzić mnie z powrotem do tego miejsca. Zebranie się w sobie i decyzja o powrocie zajęła mi równo 2 lata i miesiąc. 761 dni. Jakieś 18264 godzin. Logiczne zdawałoby się zadanie sobie pytania, czy jeśli przez tak długi czas nie potrafiłam zrobić nic, żeby zmotywować do powrotu, to może nie jest to właściwy krok? Nie chcę się jednak nad tym zastanawiać. Jak to mówią, kto nie ryzykuje ten nie ma, a ja chcę mieć. Chcę mieć świadomość, że dałam sobie tę jedną, ostatnią już (!) szansę.

Czas, który dzieli nas od ostatniego spotkania jest przeogromny. Niemożliwym jest więc opowiedzenie choćby kawałka tego, co się w tym czasie wydarzyło. (za)długa przerwa w pisaniu z pewnością odbiła się na moim warsztacie, więc pokornie proszę o wyrozumiałość dla mojej nieudolności i braku polotu. Obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy, by jak najszybciej dotrzeć do osiągnięcia takiego poziomu w pisaniu, który nie będzie nakłaniał Cię do wydrapania sobie oczu (tego byśmy nie chcieli).
Myśląc nad formą doszłam do wniosku, że moje karygodne zaniedbanie tego miejsca może przyczynić się do znacznie większego zróżnicowania treści, którymi będę chciała się teraz dzielić. Sporo zdążyło się w tym czasie wydarzyć, opierając się więc na własnym bagażu doświadczeń będę niektóre z nich przywoływać. Wiele jest spraw, które odeszły już dawno do przeszłości, a którym nie chcę pozwolić odejść na dobre. I dlatego właśnie to miejsce, po to ta przestrzeń. Chcę dzielić się z Tobą doświadczeniami, które całkowicie zrewolucjonizowały mój sposób myślenia, przygodami, które otworzyły mi oczy na nowe, nieznane mi dotąd, obszary życia, opowiem Ci o ludziach, którzy każdego dnia uczą mnie, jak stawać się lepszym człowiekiem.


Młodość jest fajna, bo jest intensywna. I można robić wtedy totalnie banalne rzeczy: siedzieć na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży , całować kobietę na przejściu dla pieszych i ta chwila będzie trwała w twojej pamięci przez lata. I dekadę później możesz być na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży , całować kobietę, która będzie jeszcze piękniejsza niż ta poprzednia, ale to już nie będzie to samo, bo zabraknie tamtej intensywności. Nasze życie w pewnym momencie przyspiesza. Na początku jest gęste i upakowane, a później coraz rzadsze.— Piotr C. “Brud”

Poddając własne życie krótkiej refleksji wnioskuję, że ta właśnie intensywność młodości skutecznie odciągała mnie od pisania. Chęć brania z życia pełnymi garściami, łapania każdej chwili, zachłyśnięcie się wręcz wspaniałością i ogromem możliwości, jakie daje dorosłe, lecz wciąż jeszcze młode życie, wyciszyło we mnie na jakiś czas potrzebę pisania/mówienia o tym co u mnie, co we mnie. Podkreślam pisanie, bo to zawsze przychodziło mi o wiele łatwiej. Nigdy nie byłam osobą przesadnie wylewną, szczególnie jeśli chodziło o kwestie dotyczące mnie bezpośrednio. Pisanie jest o wiele prostsze, bezpieczniejsze. Daje mi, zawsze dawało, poczucie swobody przy zachowaniu obiektywizmu; nie muszę się bać, że mnie zaraz ocenią.

Młodość daje nam niezliczone możliwości na poznawanie samych siebie, rozwijanie i realizowanie sowich pasji i zainteresowań. Super sprawa, jeśli ktoś potrafi w wysokim stopniu oddawać się kilku sprawom równocześnie. Ja w tym miejscu właśnie poległam, teraz to do mnie dociera. Rzuciłam się w wir całej masy innych rzeczy i zwyczajnie pisanie przestało mi być potrzebne. Nawet patrząc na swój pamiętnik widzę, jak ubogi w treści stał się w przeciągu 3-4 lat. Żałuję, ogromnie żałuję, bo teraz wiem, że znaczna część tych wspaniałości, które przytrafiły mi się w życiu, pozostanie jedynie cieniem wspomnień, bo nie zostały nigdzie utrwalone. Jeden z odcinków Black Mirror tworzy co prawda wizję zapisywania wszystkich naszych wspomnień z możliwością późniejszego powrotu do nich dzięki małej fasolce wszczepionej gdzieś na naszym uchem, jednocześnie pokazuje, jak szybko możemy to wszystko utracić (więcej zdradzać nie będę, ale odsyłam do obejrzenia- naprawdę warto! Do samego serialu na pewno powrócimy w stosownym czasie). Dlatego takie miejsca, jak to są dobre. Musze tylko nauczyć się konsekwencji w trwaniu we własnych postanowieniach.

Tyle słowem wstępu. Zaczynamy z nową mocą, świeżością i odmienionym spojrzeniem. Kto wie co z tego wyniknie?  Życzę powodzenia zarówno sobie, jak i Tobie. Do zobaczenia niedługo.

Ahoj.

K.

piątek, 21 listopada 2014

through the curtains of the waterfall

Zimne dziady listopady... Odkąd tylko weszłam w magiczny okres gimnazjum, poczułam szaloną burzę hormonów i zrozumiałam, jak ciężkie jest życie nastolatki, niemal każdy listopad zwiastował nadejście wielkiej jesiennej depresji. Płacz o byle co, użalanie się nad sobą, zmiany nastroju co 5 minut, frytki i czekolada o 2 w nocy no i seriale, seriale, seriale... 

W tym roku, z niekrytą radością mogę przyznać, że depresja niemal całkowicie mnie ominęła. Czyżby udało mi się odnaleźć złoty środek, który być może przyczyni się do przełomu w moim życiu? Jak postanowiłam to osiągnąć? Powiem szczerze, że nie było łatwo, droga była wyboista i pokręcona i wymagała nie lada odwagi. Mój przepis na wymiganie się od jesiennej depresji to.. 


STAMBUŁ



Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że to wszystko się wydarzy to kazałabym mu puknąć się w czółko, obrócić się wokół własnej osi i puknąć dla pewności jeszcze raz.
Otóż fakt, że znalazłam się w tym, magicznym miejscu, nie był z początku tak oczywisty. Jednak, po wszystkich perypetiach, z którymi przyszło mi się w ostatnich kilu miesiącach zmierzyć, trafiłam do tego oto raju dla turystów, rybaków i fanów zakupów. Dzięki dobroci Komisji Europejskiej przez następne, 7 miesięcy będę w tym raju mieszkać i uczyć się w ramach Erasmusa. Szczęśliwsza być nie mogłam, bo miasto to jest przepiękne. Myślę, że każdy jest w stanie znaleźć w tym mieście coś dla siebie, bo jest ono, wierz mi, pełne dosłownie wszystkiego!

Postanowiłam, że w tym oto miejscu będę dzielić się z Tobą wrażeniami, przeżyciami i przemyśleniami z mojego pobytu w Turcji. Mam nadzieję, że znajdę ciekawy sposób na to, by pokazać Ci piękno tego kraju i przełamać, choć odrobinę,  mocno zakorzenione z polskiej mentalności stereotypy na temat Turcji i jej mieszkańców. Nie twierdzę, że żadne z nich nie mają uzasadnienia, ale wierz mi, co najmniej połowa zupełnie mija się z rzeczywistością.





„serio jedziesz do Turasów?”, „Kaja, pogrzało Cię? Turcja!?”, „u ciapatych będziesz mieszkać?” „no i po co wracałaś do blondu?”, „sprzedadzą Cię za dwa wielbłądy”... takimi i podobnymi słowami bliscy i znajomi dopingowali mnie do wyjazdu. Nie powiem, sama na początku byłam pełna obaw. „Przecież wszyscy wiedzą, z faceci w Turcji patrzą na każdą blondynkę o niebieskich oczach, jak na kawał mięsa” myślałam podburzana opiniami innych. Ale przyznam, że to obawy pchnęły mnie, przede wszystkim, do zdecydowania się na ten wyjazd. Dostałam szansę, wiedziałam, że kolejna może mi się nie przytrafić. Dlaczego więc nie spróbować, nie przekonać się na własnej skórze i nie udowodnić wszystkim wkoło i sobie samej, jak bardzo się mylili? Nazwanie mnie hipokrytką, jest w tym momencie jak najbardziej uzasadnione, bo sama przez długi, długi czas szydziłam z Turków i zdecydowanie nie wyrażałam pochlebnych opinii na ich temat. Ale jak to mówią: podobno tylko krowa nie zmienia poglądów, tak i ja, chcąc udowodnić, że krową nie jestem, postanowiłam z pokorą przyjąć imię hipokrytki, dla udowodnienia, że czasem nie warto oceniać czegoś, o czym tak naprawdę nie ma się bladego pojęcia.

Zakochana w Turcji, czy samym Stambule nie jestem. Jeszcze. Nie należę do grona tych, którym po pierwszym przekroczeniu tureckiej granicy otworzyły się oczy i uświadomili sobie, ze znaleźli swoje upragnione miejsce na ziemi. Owszem, kraj jest przepiękny, ale ja nadal poszukuje w nim tego "czegoś", co skradnie i moje serce. Czy uda mi się to odnaleźć? Przekonamy się za 7 miesięcy, kiedy przyjdzie mi zakończyć tę przygodę.





Do opowiadania mam wiele. Teraz, gdy już udało mi się zacząć, mam nadzieję, że pójdzie trochę łatwiej. Odkąd tutaj jestem (przyleciałam we wrześniu) udało mi się odwiedzić już kilka niesamowitych miejsc, zarówno w samym Stambule, jak i w innych miastach w Turcji i już wkrótce podzielę się z Tobą swoimi wrażeniami. Będę Ci opowiadać o tureckiej kulturze, kuchni, sposobie życia i o rzeczach, które dla mnie, która (muszę się przyznać) nie miała wcześniej żadnego pojęcia o tym, jak wyglądają tureckie zwyczaje, były i nadal są niemałym szokiem.


ahoj.

K.