sobota, 31 grudnia 2016

into the wild

Moim zdaniem, powinieneś radykalnie zmienić swój sposób życia i zacząć odważnie robić rzeczy, o których przedtem nawet nie myślałeś; albo wahałeś się, czy spróbować. Tak wielu ludzi jest nieszczęśliwych, a jednak nie podejmują żadnej próby, by to zmienić, ponieważ przywykli do życia w pewności, konformizmie i konserwatyzmie, co może dawać poczucie spokoju umysłu, ale w rzeczywistości nie ma rzeczy bardziej niszczącej dla niespokojnego ducha niż pewna przyszłość.  

-Jon Krakauer

Koniec roku to taki dziwny czas na przemyślenia, podsumowania, postanowienia. Nienawidzę końca roku. Bo serio, żadna to dla mnie przyjemność uświadamiać sobie ile ze stawianych sobie, kiedyś tam, założeń spełzło na niczym, ilu postanowień nie udało mi się dotrzymać, jak wiele szans zmarnowałam. 

Jednakże, tak bardzo jak zazwyczaj za tym nie przepadam, tak w tym roku ciesze się, jak dziecko z cukierka. Nic nie daje mi większego poczucia radości i wewnętrznego spokoju, co świadomość, ze 2k16 się kończy. CHWAŁA PANU! Nie powiedziałabym, że był to rok słaby, bo byłoby to najzwyklejsze kłamstwo. Był dramatyczny, okropny i paskudny pod każdym względem. Ilość porażek, jakie mi się naprzytrafiały w zestawie z face slapami, które dostawałam od życia niemalże na każdym kroku, tworzą raczej mało entuzjastyczny obraz. Nazwałabym to raczej obrazem nędzy i rozpaczy…  dobrze więc, ze mamy ten rok za sobą, więc teraz nic tylko modlić się i robić wszystko co się da, żeby nowy- 2017- nie powtórzył „sukcesu” swojego poprzednika.



Skoro już wiemy, że to co było nie ma (a przynajmniej nie powinno mieć) teraz znaczenia, a przeszłość pozostaje już tylko przeszłością, pozostaje nam skupić się na tym, że mamy przed sobą niepowtarzalną szansę! Zawsze najlepiej zaczyna się od jakiegoś konkretnego momentu, więc zdaje się być zasadnym, że większość ludzi podejmuje wielkie i radykalne postanowienia zmian właśnie od nowego roku.


Co więc w tym Nowym Roku?



Przede wszystkim życzę, żeby wszystkie zmartwienia i troski, które zrodziły się w 2016, tam też pozostały. Trzeba nam, każdego dnia, uczyć się tej niełatwej sztuki, by nie żyć przeszłością, lecz patrzyć w przód na to co ma nadejść.

Niepakowania się w tarapaty
. Mamy wręcz niesamowite zdolności do ładowania się w bagna, z których za nic nie potrafimy się później wyrwać. Niech ćwiczy się w nas ta wspaniała zdolność do racjonalniejszego oceniania zagrożeń, żeby choć trochę zmniejszyć skalę ich występowania.

Używania mózgu
. W końcu po coś ten orzeszek został nam w tych czaszkach zainstalowany i ja głęboko wierzę, że ma on więcej zastosowań niż tylko odbijanie się od uszu, kiedy trzęsie się głową na boki. Myślenie nie boli tak mocno, a my czasem naprawdę zachowujemy się tak, jakby było to dla nas największe poświęcenie.

Masy dobrej muzyki. Odkrywania nowych gatunków, nieznanych dotąd artystów, znacznego rozwoju muzycznych gustów, pozwolenia sobie na wyjście z klatki. Mamy tak ogromny wybór i taką masę wspaniałych utworów, które tylko czekają, żeby je odkryć, podczas gdy, tak często zamykamy się na pojedyncze gatunki, czy nawet twórców i nie zdajemy sobie sprawy, jak muzyczne perełki przechodzą nam obok nosa. Z muzyką naprawdę żyje się przyjemniej.

Dawania sobie kolejnych szans.
 Mamy tendencję do obwiniania się za całe zło na świecie i wmawianie sobie jacy to beznadziejni jesteśmy, jak nam nie wychodzi, jak bardzo sobie nie poradzimy. Spróbujmy dla odmiany dać sobie kredyt zaufania i spróbować raz jeszcze. To, ze nie udało się za pierwszym, piątym, czy setnym razem, nie zawsze musi oznaczać, ze powinniśmy sobie odpuścić na dobre. Czasem cierpliwość i wytrwałość na serio popłaca. Jasne, że czasem nie ma sensu pchać się na siłę w obszary, do których zwyczajnie się nie nadajemy, ale nie powinniśmy za nic rezygnować ze swoich dążeń i pasji, tylko dlatego, ze zaliczyliśmy glebę. Świat stoi przed nami otworem, więc głowa do góry i nie poddajemy się.

Dbania o drugie wrażanie. Coaching mówi, że tak naprawdę potrzeba około 11 sekund, żeby wyrobić sobie opinię na czyjś temat. W tym krótkim momencie jesteśmy w stanie kogoś zaszufladkować, a potem już tylko trwamy w tej wyrobionej w mgnieniu oka opinii. A może pasowało skupić się choć trochę na tym co dalej? To jasne, że na początek chcemy pokazać to, co w nas najlepsze, jak najlepiej się zareklamować i sprzedać, ale nie o to przecież chodzi. Zacznijmy w tym nowym roku dbać o głębszy rozwój naszych relacji, o to by dawać z siebie więcej na dłużej. Co nam z tego, że na początek pokażemy siebie, jako tych super, wartościowych, inteligentnych i wspaniałych, jeśli później zamiast starać się wypaść jeszcze lepie, założymy ze cel został osiągnięty i możemy sobie odpuścić? Dbajmy o drugie wrażenie, na pewno się to opłaci!

Zrealizowania
 jednego, wielkiego i niemożliwego do zrealizowania marzenia. Jak mówił Rysiek Riedel „Jak człowiek nie marzy – umiera”. Nie możemy żyć bez marzeń. To jak odbieranie sobie szansy na dostrzeganie lepszego jutra. A jeśli marzyć, to czemu nie o tym co niemożliwe? Pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa. Wymyślmy sobie coś, co zmieni nas o 180 stopni. Nie chodzi o rewolucję w dotychczasowym życiu, ale o drobnostki, które tak naprawdę mogą tak wiele w nas zmienić. Znam gościa, który postanowił sobie, że w 2017 zrobi coś, żeby przełamać w sobie lęk wysokości i ze spokojem wejść na wieżę widokową w Łagiewnikach. Dla kogoś może się to wydawać śmiesznie proste, a dla kogoś jest turbo wyzwaniem. I o to chodzi, nie oglądajmy się na innych, przełamujmy siebie!

Więcej słuchania, mniej gadania.
 Milczenie jest złotem- zapamiętajmy to sobie. A my jesteśmy czasem tak cholernie zapatrzeni w siebie i swoje problemy, że kompletnie przestajemy dostrzegać innych. Nie widzimy tego, z czym do nas przychodzą, bo zasłania nam to czubek własnego nosa. Tłumaczymy się tym, że chcemy pomóc, odnosimy się do swoich przykładów, a tak naprawdę wciąż mówimy tylko o sobie i swoich problemach. Wciąż oczekujemy zainteresowania od innych. Może czas, żeby w końcu odwrócić role i dla odmiany posłuchać co inni mają nam do powiedzenia? Kto wie, może w czyichś doświadczeniach odnajdziemy sposób na rozwiązanie własnych problemów?

Zauważania
 dobrych ludzi i pozwolenie innym na zauważenie Ciebie. Nie bądźmy dla siebie obojętni. Każdy z nas jest turbo ważny i każdy z osobna zasługuje na uwagę. Dostrzegajmy wokół siebie ludzi, którzy niosą nam dobro, a także tych, którzy potrzebują, abyśmy to my przynieśli dobro im. Świat będzie o wiele przyjemniejszy i na pewno tej rok mnie nam w zdecydowanie lepszej atmosferze.




Do zrobienia jest wiele, a zegar rusza. Każdy nowy dzień to szansa, która może się już nigdy więcej nie powtórzyć. Tylko od nas zależy, czy podejmiemy wyzwanie i stawimy czoła rzeczywistości, by sobą, swoją postawą i prezentowanymi wartościami zmieniać ten świat na lepsze. Ja w nas wierzę, Ty też uwierz. 

Szczęśliwego Nowego Roku!

ahoj.
K.


środa, 21 grudnia 2016

powroty

Jeśli coś było na tyle ważne, że nie możesz o tym zapomnieć wiedz, że musi do ciebie wrócić. Może w innej osobie, innym miejscu, czasie, ale wróci.— Fiodor Dostojewski
Wróciło. Przyznam, trochę to trwało. Prób powrotu było wiele, a zakładając prawdziwość tezy stawianej przez Dostojewskiego, któraś musiała doprowadzić mnie z powrotem do tego miejsca. Zebranie się w sobie i decyzja o powrocie zajęła mi równo 2 lata i miesiąc. 761 dni. Jakieś 18264 godzin. Logiczne zdawałoby się zadanie sobie pytania, czy jeśli przez tak długi czas nie potrafiłam zrobić nic, żeby zmotywować do powrotu, to może nie jest to właściwy krok? Nie chcę się jednak nad tym zastanawiać. Jak to mówią, kto nie ryzykuje ten nie ma, a ja chcę mieć. Chcę mieć świadomość, że dałam sobie tę jedną, ostatnią już (!) szansę.

Czas, który dzieli nas od ostatniego spotkania jest przeogromny. Niemożliwym jest więc opowiedzenie choćby kawałka tego, co się w tym czasie wydarzyło. (za)długa przerwa w pisaniu z pewnością odbiła się na moim warsztacie, więc pokornie proszę o wyrozumiałość dla mojej nieudolności i braku polotu. Obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy, by jak najszybciej dotrzeć do osiągnięcia takiego poziomu w pisaniu, który nie będzie nakłaniał Cię do wydrapania sobie oczu (tego byśmy nie chcieli).
Myśląc nad formą doszłam do wniosku, że moje karygodne zaniedbanie tego miejsca może przyczynić się do znacznie większego zróżnicowania treści, którymi będę chciała się teraz dzielić. Sporo zdążyło się w tym czasie wydarzyć, opierając się więc na własnym bagażu doświadczeń będę niektóre z nich przywoływać. Wiele jest spraw, które odeszły już dawno do przeszłości, a którym nie chcę pozwolić odejść na dobre. I dlatego właśnie to miejsce, po to ta przestrzeń. Chcę dzielić się z Tobą doświadczeniami, które całkowicie zrewolucjonizowały mój sposób myślenia, przygodami, które otworzyły mi oczy na nowe, nieznane mi dotąd, obszary życia, opowiem Ci o ludziach, którzy każdego dnia uczą mnie, jak stawać się lepszym człowiekiem.


Młodość jest fajna, bo jest intensywna. I można robić wtedy totalnie banalne rzeczy: siedzieć na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży , całować kobietę na przejściu dla pieszych i ta chwila będzie trwała w twojej pamięci przez lata. I dekadę później możesz być na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży , całować kobietę, która będzie jeszcze piękniejsza niż ta poprzednia, ale to już nie będzie to samo, bo zabraknie tamtej intensywności. Nasze życie w pewnym momencie przyspiesza. Na początku jest gęste i upakowane, a później coraz rzadsze.— Piotr C. “Brud”

Poddając własne życie krótkiej refleksji wnioskuję, że ta właśnie intensywność młodości skutecznie odciągała mnie od pisania. Chęć brania z życia pełnymi garściami, łapania każdej chwili, zachłyśnięcie się wręcz wspaniałością i ogromem możliwości, jakie daje dorosłe, lecz wciąż jeszcze młode życie, wyciszyło we mnie na jakiś czas potrzebę pisania/mówienia o tym co u mnie, co we mnie. Podkreślam pisanie, bo to zawsze przychodziło mi o wiele łatwiej. Nigdy nie byłam osobą przesadnie wylewną, szczególnie jeśli chodziło o kwestie dotyczące mnie bezpośrednio. Pisanie jest o wiele prostsze, bezpieczniejsze. Daje mi, zawsze dawało, poczucie swobody przy zachowaniu obiektywizmu; nie muszę się bać, że mnie zaraz ocenią.

Młodość daje nam niezliczone możliwości na poznawanie samych siebie, rozwijanie i realizowanie sowich pasji i zainteresowań. Super sprawa, jeśli ktoś potrafi w wysokim stopniu oddawać się kilku sprawom równocześnie. Ja w tym miejscu właśnie poległam, teraz to do mnie dociera. Rzuciłam się w wir całej masy innych rzeczy i zwyczajnie pisanie przestało mi być potrzebne. Nawet patrząc na swój pamiętnik widzę, jak ubogi w treści stał się w przeciągu 3-4 lat. Żałuję, ogromnie żałuję, bo teraz wiem, że znaczna część tych wspaniałości, które przytrafiły mi się w życiu, pozostanie jedynie cieniem wspomnień, bo nie zostały nigdzie utrwalone. Jeden z odcinków Black Mirror tworzy co prawda wizję zapisywania wszystkich naszych wspomnień z możliwością późniejszego powrotu do nich dzięki małej fasolce wszczepionej gdzieś na naszym uchem, jednocześnie pokazuje, jak szybko możemy to wszystko utracić (więcej zdradzać nie będę, ale odsyłam do obejrzenia- naprawdę warto! Do samego serialu na pewno powrócimy w stosownym czasie). Dlatego takie miejsca, jak to są dobre. Musze tylko nauczyć się konsekwencji w trwaniu we własnych postanowieniach.

Tyle słowem wstępu. Zaczynamy z nową mocą, świeżością i odmienionym spojrzeniem. Kto wie co z tego wyniknie?  Życzę powodzenia zarówno sobie, jak i Tobie. Do zobaczenia niedługo.

Ahoj.

K.

piątek, 21 listopada 2014

through the curtains of the waterfall

Zimne dziady listopady... Odkąd tylko weszłam w magiczny okres gimnazjum, poczułam szaloną burzę hormonów i zrozumiałam, jak ciężkie jest życie nastolatki, niemal każdy listopad zwiastował nadejście wielkiej jesiennej depresji. Płacz o byle co, użalanie się nad sobą, zmiany nastroju co 5 minut, frytki i czekolada o 2 w nocy no i seriale, seriale, seriale... 

W tym roku, z niekrytą radością mogę przyznać, że depresja niemal całkowicie mnie ominęła. Czyżby udało mi się odnaleźć złoty środek, który być może przyczyni się do przełomu w moim życiu? Jak postanowiłam to osiągnąć? Powiem szczerze, że nie było łatwo, droga była wyboista i pokręcona i wymagała nie lada odwagi. Mój przepis na wymiganie się od jesiennej depresji to.. 


STAMBUŁ



Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że to wszystko się wydarzy to kazałabym mu puknąć się w czółko, obrócić się wokół własnej osi i puknąć dla pewności jeszcze raz.
Otóż fakt, że znalazłam się w tym, magicznym miejscu, nie był z początku tak oczywisty. Jednak, po wszystkich perypetiach, z którymi przyszło mi się w ostatnich kilu miesiącach zmierzyć, trafiłam do tego oto raju dla turystów, rybaków i fanów zakupów. Dzięki dobroci Komisji Europejskiej przez następne, 7 miesięcy będę w tym raju mieszkać i uczyć się w ramach Erasmusa. Szczęśliwsza być nie mogłam, bo miasto to jest przepiękne. Myślę, że każdy jest w stanie znaleźć w tym mieście coś dla siebie, bo jest ono, wierz mi, pełne dosłownie wszystkiego!

Postanowiłam, że w tym oto miejscu będę dzielić się z Tobą wrażeniami, przeżyciami i przemyśleniami z mojego pobytu w Turcji. Mam nadzieję, że znajdę ciekawy sposób na to, by pokazać Ci piękno tego kraju i przełamać, choć odrobinę,  mocno zakorzenione z polskiej mentalności stereotypy na temat Turcji i jej mieszkańców. Nie twierdzę, że żadne z nich nie mają uzasadnienia, ale wierz mi, co najmniej połowa zupełnie mija się z rzeczywistością.





„serio jedziesz do Turasów?”, „Kaja, pogrzało Cię? Turcja!?”, „u ciapatych będziesz mieszkać?” „no i po co wracałaś do blondu?”, „sprzedadzą Cię za dwa wielbłądy”... takimi i podobnymi słowami bliscy i znajomi dopingowali mnie do wyjazdu. Nie powiem, sama na początku byłam pełna obaw. „Przecież wszyscy wiedzą, z faceci w Turcji patrzą na każdą blondynkę o niebieskich oczach, jak na kawał mięsa” myślałam podburzana opiniami innych. Ale przyznam, że to obawy pchnęły mnie, przede wszystkim, do zdecydowania się na ten wyjazd. Dostałam szansę, wiedziałam, że kolejna może mi się nie przytrafić. Dlaczego więc nie spróbować, nie przekonać się na własnej skórze i nie udowodnić wszystkim wkoło i sobie samej, jak bardzo się mylili? Nazwanie mnie hipokrytką, jest w tym momencie jak najbardziej uzasadnione, bo sama przez długi, długi czas szydziłam z Turków i zdecydowanie nie wyrażałam pochlebnych opinii na ich temat. Ale jak to mówią: podobno tylko krowa nie zmienia poglądów, tak i ja, chcąc udowodnić, że krową nie jestem, postanowiłam z pokorą przyjąć imię hipokrytki, dla udowodnienia, że czasem nie warto oceniać czegoś, o czym tak naprawdę nie ma się bladego pojęcia.

Zakochana w Turcji, czy samym Stambule nie jestem. Jeszcze. Nie należę do grona tych, którym po pierwszym przekroczeniu tureckiej granicy otworzyły się oczy i uświadomili sobie, ze znaleźli swoje upragnione miejsce na ziemi. Owszem, kraj jest przepiękny, ale ja nadal poszukuje w nim tego "czegoś", co skradnie i moje serce. Czy uda mi się to odnaleźć? Przekonamy się za 7 miesięcy, kiedy przyjdzie mi zakończyć tę przygodę.





Do opowiadania mam wiele. Teraz, gdy już udało mi się zacząć, mam nadzieję, że pójdzie trochę łatwiej. Odkąd tutaj jestem (przyleciałam we wrześniu) udało mi się odwiedzić już kilka niesamowitych miejsc, zarówno w samym Stambule, jak i w innych miastach w Turcji i już wkrótce podzielę się z Tobą swoimi wrażeniami. Będę Ci opowiadać o tureckiej kulturze, kuchni, sposobie życia i o rzeczach, które dla mnie, która (muszę się przyznać) nie miała wcześniej żadnego pojęcia o tym, jak wyglądają tureckie zwyczaje, były i nadal są niemałym szokiem.


ahoj.

K.

czwartek, 13 listopada 2014

Say Geronimo!

Nie będę myśleć dziś i na jutro to zostawię.

Wszystko pięknie i ładnie, tylko że każde moje jutro staje się dzisiaj i tak odkładam to myślenie w nieskończoność,a przypuszczam, że nie to poeta miał na myśli.


Z racji mojej pokraczności i braku życiowego ogarnięcia zostawiłam pamiętnik w domu i nie, nie mam możliwości po niego pojechać. Dlaczego? No właśnie po to powstał ten blog, (a przynajmniej w pierwszych założeniach tak właśnie miało być) żeby ładnie to wszystko opowiedzieć, ale jak już niejednokrotnie się w życiu przekonałam, a Ty jeśli zaglądniesz tu jeszcze kiedykolwiek, również będziesz miał/miała okazję się o tym przekonać, w moim życiu nic nigdy nie wychodzi tak, jak sobie to wcześniej zaplanuję. Tak też było z moim biednym małym pamiętnikiem: przygotowałam go jako jedną z pierwszych rzeczy do zapakowania, ale dla pewności schowałam go jeszcze na chwilę do szuflady, żeby przez przypadek ktoś nie wpadł na pomysł przeczytania go i odkrycia tym samym wszystkich moich najskrytszych sekretów (jeśli ekscytują kogoś rozterki nad tym, że magic starsy są teraz takie drogie, albo że wyprzedali już wszystkie lśniące brokatem karteczki z w.i.t.c.h.) i tak wyszło, że w tej szufladzie został.



Aby móc opowiadać o tym, co dzieje się teraz, będę musiała na chwilę zawrócić i cofnąć się odrobinę w przeszłość, wcale nie tak daleką, jedynie do wakacji. Wydarzyło się bowiem wtedy coś, co sprawiło, że patrzę teraz na moje, z pozoru wciąż tak samo nudne życie, w odrobinę inny sposób. Jeśli nie zasnąłeś/zasnęłaś jeszcze nad tym bełkotem to zapraszam Cię w małą podróż do mojego pokręconego świata, w którym raz na czas udaje mi się dostrzec coś pozytywnego, choć ludzie mówią, że zwyczajnie nie potrafię docenić tego co dostaję od losu. Czy rzeczywiście los jest dla mnie tak bardzo łaskawy i to ja po prostu jestem tak bardzo wybredna? Część z tych rzeczy, o których Ci opowiem wydarzyła się naprawdę, słowo harcerza, którym nigdy nie byłam, ale to do Ciebie należy decyzja, w które z nich uwierzysz, a w które nie.


______
Wydarzenia ostatnich dni sierpnia uważam, za jedną z największych porażek swojego życia. No bo, jak można być tak ślepym i łatwowiernym, żeby uwierzyć, że szef, który uciekł z kasą, na którą 30 osób pracowało przez ponad 2 tygodnie, nagle z uśmiechem wróci, przeprosi za swoje zachowanie i odda każdemu według zasług z uwzględnieniem odsetek należnych za oczekiwanie. W konkursie na największego naiwniaka tej planety z pewnością mogłabym konkurować chociażby z larry shippers, które wciąż uparcie wierzą, że panowie ujawnią kiedyś swój skrzętnie ukrywany związek. Tak więc, wyszło na to, że przez ponad połowę wakacji tyrałam, jak wół, pracując po 18-20 godzin dziennie tylko po to, żeby w efekcie kolejny raz poczuć siarczysty policzek, wymierzony przez bezwzględną rzeczywistość. Pytanie brzmi: czy było warto? Przypuszczam, że na tym etapie mojej, jakże niezwykle fascynującej opowieści, pukasz się w czoło, bo odpowiedź wydaje się być dla Ciebie oczywista, czyż nie?



Nie jestem typem chwalipięty, wierz mi, ale jestem w pewnym stopniu dumna(?) z tego, więc pochwalę Ci się na czym polegała moja praca. Otóż, życie, które tak bardzo lubi bawić się moimi emocjami, podarowało mi kilkutygodniowy bilet do nieba, który, jak już wiesz, zawierał również twarde lądowanie w drodze powrotnej. Jednak co to był za bilet! Trafiłam do magicznej krainy spełniania muzycznych marzeń i w przeciągu zaledwie kilku tygodni miałam okazję przeciągnąć swoją szanowną (nie tak szanowną, jak ta, której właścicielką jest Pani Kardashian, ale wciąż) przez całą masę koncertów, na które w normalnych okolicznościach za nic nie byłoby mnie stać. Pewnie wcale nie chcesz tego wiedzieć, ale i tak powiem Ci, że dzięki tej pracy 2 razy (!) widziałam Arctic Monkeys, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, iż Alex Turner jest najbardziej perfekcyjnym człowiekiem na tej planecie. Zaraz za nimi, choć w sumie na równi z nimi uplasował się podwójny koncert Eda Sheerana, więc miałam szansę na żywo usłyszeć głos, o którym od tak dawna marzyłam i wierz mi, zarówno po pierwszym, jak i po drugim, przez kolejne kilka dni byłam emocjonalnym wrakiem. Zdecydowanie największą petardą tego lata był koncert Blink-182- w życiu nie bawiłam się lepiej, to było nawet lepsze od balu karnawałowego w przedszkolu! Była jeszcze całą masa innych, równie niesamowitych koncertów, jak np: Jake Bugg (tutaj wstaw łzy i miliony serc), Biffy Clyro, Imagine Dragons, Bruno Mars, Pharrell, Justin Timberlake (!), Tom Odell, The Killers, Sleeping With Sirens i wielu, wielu innych. Tak sobie teraz myślę, że po zobaczeniu i wysłuchaniu tych wszystkich koncertów zupełnie za darmo, to wręcz należało mi się stracić całą wypłatę. I nawet nie miałabym nic przeciwko, serio, bo za tyle muzycznych doznań,to do końca życia bym się nie wypłaciła, no i okej, jedynym problemem było to, że nie miałam jak, ani za co wrócić do Polski, a wrócić musiałam i to w przeciągu 5 dni, bo zaraz po tym zaczęła się największa, jak dotąd przygoda mojego życia....

ale o tym innym razem.

ahoj.

K.




czwartek, 30 października 2014

piździernikowo

mam 21 lat i w najbliższym czasie moje życie wywróci się o 180 stopni.

Celniej trafić już chyba nie mogłam, a moje życie nie mogło odmienić się chyba już bardziej.


137 dni
10 000 km

tylko tyle było mi potrzebne, żeby zebrać się do napisania czegoś ponownie... i ktoś tutaj wspominał kiedyś o byciu konsekwentnym... 


Jak to jest i dlaczego to tak się dzieje, że rzeczy które najbardziej chciałoby się zrobić, najbardziej się odciągają? Ile razy można zaczynać od początku jedno i to samo, skoro za każdym razem kończy się z równie marnym skutkiem? Zdolność do przelewania myśli na papier, czy też inny nośnik informacji to talent, który przypadł w spadku wybranym. Cóż. Nie możesz przekonać innych do swoich nędznych wypocin, jeśli nie potrafisz siebie samej zmotywować do przelania tej całej plątaniny myśli gdziekolwiek.


Czasem mnie to przeraża, jak to w ogóle jest możliwe, żeby w miejscu tak małym, jak głowa (choć prawdę mówiąc, moja głowa wcale nie jest taka mała) mogło dziać się tak wiele. Wcale nie chodzi mi tutaj o wszystkie niezwykle skomplikowane i ważne oczywiście procesy odpowiadające za motorykę, mówienie, mruganie oczami, puszczanie bąków i całą resztę. Mnie martwi bardziej, jak to jest możliwe, żeby w reszcie miejsca, która tam została mieściło się aż tyle tego gówna. W ciągu sekundy pierdyiard kompletnie rozstrzelonych i niespójnych myśli, błysków i przebłysków, zapierdzialja mi przed oczami z tak zatrważającą prędkością, że nawet nie jestem w stanie ich wszystkich wyłapać. Jak to się dzieję, ze te wszystkie kołtuny myśli nie poplątały się jeszcze z tym sznurkiem trzymającym mi uszy od środka, nie wyszły nimi na zewnątrz i mnie nie udusiły, a duszą mnie od środka? Martwi mnie to, ze czasem tak bardzo wiele chciałabym powiedzieć, a tak bardzo niewiele i to w sposób pozbawiony jakiegokolwiek ładu i składu udaje mi się z siebie wypaplać. Czy rzeczywiście, pragnienie bycia postrzeganą za osobę elokwentną i inteligentną mogło mnie zaćmić tak bardzo, że nie chcę dopuścić do siebie myśli, że najzwyczajniej taka nie jestem?


Pewnie dobrze byłoby usłyszeć komentarz dobrego człowieka. Większość człowieków, jest dobra, w końcu zależy im  na własnym szczęściu, niektóre z nich po prostu gubią swoją drogę do szczęścia i próbują się w niekonwencjonalny sposób na tej drodze znowu znaleźć.

Pewnie fajnie byłoby, gdyby ktoś powiedział, że nie ma się o co martwić, że wcale nie powinnam rozpatrywać tego, czy mogliby uznać mnie za niepoczytalną, bo to nic złego, ze człowiek za dużo myśli.

Pewnie miło byłoby, gdyby ktoś zechciał wysłuchać, spróbować zrozumieć?




Nie moja droga,


tak długo, jak nie wleziesz z buciorami na ich własną drogę do szczęścia, nie licz na zainteresowanie, żyjemy w ciężkich czasach.


Nic nie dzieje się bez powodu i nie ma nic za darmo.





____
może następnym razem o tym, o czym miało być tym razem,
a może następnego razu nie będzie?
who will fix me now?



ahoj.

K.